IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Pokład statku

Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next
AutorWiadomość
Argentyna
Papież Argamel Edward
avatar

Orientacja : W terenie!
Ekwipunek : Garłacz i kordelas.
Wątki i powiązania : -
Po jakiego czorta jesteś na statku? : Takie życie.
Multikonta : Brak.
Liczba postów : 125
Join date : 03/04/2012
Wiek : 25

PisanieTemat: Re: Pokład statku   Pon Lis 05, 2012 8:52 pm

To zdecydowanie był dobry dzień.
Symfonie dźwięków roznosiły się niemal po całym porcie. Gwar, stukot machin, skrzeczenie mew, świst wiatru przeciskającego się przez wąskie szczeliny zabudowań i wilgotnych, obielonych solnymi smugami desek na molo. Choć w pierwszej chwili odgłosy mogły się wydawać dosyć nieznośne, to dla pewnego Latynosa, wszystko, co kojarzyło się z tłumem, było teraz istnym spełnieniem marzeń.
Zwłaszcza po kolejnej burdzie wywołanej w jednej z tawern.
Idąc za przesłaniem pewnego, znanego, starego powiedzenia: "jeżeli chcesz ukryć drzewo, to schowaj je w lesie", Martin przeciskał się między przechodniami, próbując wrócić na statek. Nawet jeśli na jego twarzy jawiło się kilka otarć, a wymiętoszona koszula obwieszczała o czynnym udziale właściciela w jakiejś szarpaninie, to on zdawał się być całkiem zadowolony. Lubił wyzwania, lubił, gdy się dużo działo, a perspektywa życia przepełnionego różnego rodzaju wrażeniami, wydawała się mu niesamowicie atrakcyjna, w szczególności, kiedy wychodził z pewnych epizodów bez większych uszczerbków. Zupełnie tak, jak teraz.
Zazdrośnie przycisnął do piersi butelkę jakiegoś droższego trunku, pomyślnie zwiniętego w całym zamieszaniu. Nie dać się ukatrupić, zresocjalizować kilku przypadkowych, aż nazbyt żywiołowych i upojonych alkoholem, ludzi oraz wynieść stamtąd jakieś pamiątki. Panienka fortuna chyba gustuje w brązowookich blondynach. Rozentuzjazmowany doczłapał do statku, by w końcu wtarabanić się na jego pokład.
- Hola! - Wykrztusił, wlokąc spojrzeniem po zebranych. Tak. Argentyńczyk zdecydowanie robił dobrą minę do złej gry. A czemu?
Kapitan przebywał na łajbie i z pewnością nie wyglądał na zadowolonego. Trzeba być głupcem, by nie zauważyć tej złowieszczej aury. Martin nie wiedział, o co mogło chodzić, albo też i wiedział, ale niespecjalnie sobie przypominał. Gdzieś tam w jego głowie załopotało, że to może i dziś mieli wypłynąć na głębie.
Chociaż ten fakt był teraz nieistotny.
Ważne, że kapitana zdecydowanie nosiły nerwy, podczas gry Latynos wydawał się wrócić z całkiem niezłej zabawy. W tym momencie zaczął rozmyślać, co też takiego go podkusiło, by przypałętać się właśnie teraz, a nie zaczekać jeszcze jakiś czas, zanim ktoś inny z załogi nie zdecyduje się stawić i przy okazji zebrać cięgi. Przeczucie i instynkt podpowiadały mu, że sytuacja zdecydowanie najkorzystniejsza nie jest. Dobra passa chyba musiała zostać zbilansowana.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Prusy
Kapitan
avatar

Orientacja : Jestem samowystarczalny.
Ekwipunek : Ego.
Wątki i powiązania : Powiązany z rumem, zakochany w swoim odbiciu w lustrze. A gdzieś tam w tle są jeszcze małe pisklaki. Łotysz też, ale się nie przyzna.
Po jakiego czorta jesteś na statku? : To oczywiste. Żeby zalewała was moja wspaniałość. Co to w ogóle za pytanie?
User : Nie jest ci to potrzebne do szczęścia.
Liczba postów : 80
Join date : 21/10/2012
Skąd : Kunnegsgarbs

PisanieTemat: Re: Pokład statku   Pon Lis 05, 2012 10:15 pm

Są takie chwile gdy Los postanawia udowodnić, że należy do tych najzłośliwszych z możliwych. Natenczas biada każdemu, kogo obrał za cel swojego prześladowania. Bywa miły, gdy idzie w parze ze zmienną Fortuną, jednakoż na nieszczęście dla Prusa, Los wybrał samotność. A to nie wróżyło różowości i optymizmu na resztę dnia, prędzej zwiastowało ciemne chmury, ulewę i... stanowczy deficyt marynarzy na statku. A to z kolei poważnie ciążyło na dumie Prusa, który zwykle dostawał co chciał bez względu na sytuację. Nie pozostało mi nic innego jak zabijać wzrokiem każdego w pobliżu mili, przy okazji zagryzając szczęki. Lepsze to niż walenie głową o ster w przypływie nagłej frustracji. Kto by się spodziewał, że fucha kapitana to tak nieznośna profesja?
Na słowa Łotysza tylko machnął dłonią, jakby odganiał wyjątkowo namolną muchę. Pruska pamięć podatna na promile, łaskawie podsunęła mu pochodzenie Raivisa i jego nieciekawą sytuację rodzinną. Taki z niego książę, jak z niego baletnica. Kiepski, nieuzdolniony i pod każdym względem nieodpowiedni. W przypadku Gilberta występowała jeszcze arytmiczność... ale o tym za często nie wspominał. A przynajmniej nie przy świadkach.
- Powiedzmy, że braknie mi twojego towarzystwa. - mruknął do Łotysza, choć sarkazm wypowiedzi aż sztyletował duszę. Przeciekał z wypowiedzi, kapał na pokład statku i przylepiał się do butów Raivisa. I był wyczuwalny tylko dla niego, podobnie jak doraźne ostrzeżenie w krwistych tęczówkach.
Jego uwagę przykuł bosman. Zwrócił na niego wzrok, unosząc brew. Chyba się... przesłyszał? Ja, bardzo prawdopodobne, że wiatr przywiał doń zniekształconą odpowiedź. Cenił w nim lojalność, a fakt, że postępował ze swoim zakładnikiem tak a nie inaczej, nie powinien umniejszać autorytetu kapitana. Chilijczyk nie znał niefortunnej historii ich znajomości, kradzieży, popijawy i.... dziwnych zamroczeń w pruskiej pamięci. A Gilbert nieczęsto dzielił się swoimi małymi porażkami, więc na zwierzenia się nie zanosiło.
Westchnął, kręcąc głową. Przesłyszał się.
Niespodziewanie statek zaszczycił... kwatermistrz. Prusak przez chwile zastanawiał się czy nie rozszarpać blondyna od razu, na dzień dobry. Trzech członków załogi, licząc z jego szanowną osobą, nie wyprawią się w daleki morski rejs. Nawet jeśli zaliczy do załogi swego statku Ravisa, sytuacja nadal będzie opłakana.
- Guten Tag. - splótł ramiona, patrząc na kwatermistrza uważnie. Kłania się "świeżość tawerny". Przewrócił oczami. Sam nie świecił przykładem, gdyby nie znudzenie, zapewne już dawno popijałby piwko, sławiąc swoją osobę. - ...mam nadzieję, że rum smakował.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Chiny



User : Katze-Fresse
Liczba postów : 348
Join date : 27/09/2012

PisanieTemat: Re: Pokład statku   Wto Lis 06, 2012 1:05 pm

Łotysz niemal sztyletował spojrzeniem pruską personę. Głupi, nadęty bufon o rozjaśnianych cytryną włosach, przekonany o własnej, jaka szkoda, że mylnej ~, wielkości! W swoich własnych myślach, młody Galante znajdował się w piwnicy w swoim rodzinnym domu. Warto wspomnieć, że bardzo głęboko pod ziemią znajdowało się pomieszczenie, przypominające salę tortur. W skład jego umeblowania wchodziły różne przyrządy, które blondyn poznał jako dziecko. Ojciec zabrał tam wtedy kilkuletniego chłopca. Niemal zmusił go do tego siłą - fioletowooki od małego miał wstręt do wszystkiego co nie pachnie zbyt miło albo jest ciemne. Tata pokazywał mu wszystkie te rzeczy, opisując co należy zrobić i w jaki sposób. Nie trzeba chyba wspominać, że Raivis przez pare dni miał problemy ze snem, a aby udał się w objęcia Morfeusza, jego komnata musiała być bardzo dobrze oświetlona. Każdy najmniejszy cień zdawał się skrywać istoty, które tylko czekały aż mały uśnie, by odebrać mu to, co tak lubił - życie.
Wspomnienie tamtego okresu sprawiło, że blondyn się skrzywił. Wtedy wylał niemal litry słonych łez, a jego oczy były wiecznie opuchnięte. Na szczęście dla niego, był to już zamknięty okres życia, który pozostawił po sobie pewnego rodzaju czujność i strach przed ciemnością, co chłopiec zatrzymywał dla siebie. Jeszcze Gilbert by to wykorzystał, gdyby się dowiedział.
- Szkoda, że ja twojego mam aż nadmiar- burknął Raivis, ostatni raz szarpiąc kajdanami. Nie żeby nie wiedział, iż nie uda mu się uwolnić, zbyt dobrze znał Prusa i jego zabawki. Po prostu musiał spróbować, było to silniejsze od chłopca.
Skierował spojrzenie fioletowych oczu na Jose. Widać było, iż zachowanie kapitana nie było dla niego zbyt normalne, ale przez wzgląd na szacunek, czy czym tam go darzył, nie pozwalało mu się odezwać. Blondyn tylko wzruszył ramionami, jakby mówiąc do Chilijczyka "To nic takiego, on tak zawsze".
I wtedy przyszedł kolejny członek załogi. Schlany, widocznie czerpiący garściami z życia. Już niedługo, jak widać, pomyślał chłopiec, prychnąwszy. Kapitan statku był w bardzo złym humorze, a to sprawiało, że był jeszcze gorszy niż zwykle. O wiele gorszy. Gdy tylko coś mu nie wychodziło, to cierpiało ktoś, kto akurat się nawinął.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Chile

avatar

Orientacja : Sekret to sekret |:
Ekwipunek : NIC
Wątki i powiązania : Latynosi.
Po jakiego czorta jesteś na statku? : NIE JESTEM NA STATKU, TY CHOLERNY PIRACIE
Liczba postów : 389
Join date : 04/04/2012

PisanieTemat: Re: Pokład statku   Wto Lis 06, 2012 4:00 pm

Lojalność nie pozwalała mu wyrazić swojego dość sceptycznego zdania dotyczącego traktowania Łotysza na głos. Nikt jednak nie mógł mu rozkazać myśleć w sposób, w jaki myśleć chciał, zwłaszcza, że jego opinia nie wpływała w żaden sposób na jego postępowanie. Jose szanował kapitana i nie zamierzał przez coś takiego przestać słuchać jego poleceń. Czy zaczątek sympatii mógł bowiem stać wyżej od autorytetu władzy? Oczywiście, że nie. Żeby Chilijczyk się zbuntował, potrzeba by było znacznie, nie porównywalnie wręcz, więcej. O ile w ogóle było coś, co by mogło jego sprzeciw wywołać.
No cóż. Sam nie wiedział gdzie przebiegała jego granica wierności. Z pewnością leżała jednak ona dalej niż u przeciętnego pirata.
Jego oczom nie umknął drobny gest Raivisa, wzruszenie ramion. Nie zrobił jednak nic, co wskazywałoby na to, że go zauważył. Wolał unikać zbytniego wchodzenia w tą dla niego dość delikatną sprawę. Mogła ona mieć dosyć nieprzewidywalne skutki. Nie był to poza tym jego interes.
Niespodziewanie do towarzystwa włączył się kolejny członek załogi. Niestety nie był to mężczyzna pierwszy lepszy, przynajmniej w oczach bruneta. Blond kosmyki, ten błysk w jego ślepiach- znał to wszystko aż za dobrze. Jego mięśnie machinalnie się spięły, popatrzył na Argentyńczyka z wrogością, której nawet nie próbował ukrywać. Wspólnie spędzone dzieciństwo, te wszystkie kłótnie, lata skakania sobie do gardeł i robienia sobie na złość nie pozostały bez skutku. O dziwo jednak nie potrafił brata nienawidzić, co jeszcze bardziej mąciło mu w głowie.
W wielkim uproszczeniu, miał z tym człowiekiem specyficzne relacje. Jako iż nie był do końca pewien jak go traktować, wolał po prostu zachowywać się tak, jakby blondyn szczególnie mu podpadł- pasowało to do natury bruneta.
Nie odpowiedział na jego powitanie. Oparł się o burtę i popatrzył w dół, na morze. Fale były jedynie odrobinę bardziej wzburzone od samego Chilijczyka.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Argentyna
Papież Argamel Edward
avatar

Orientacja : W terenie!
Ekwipunek : Garłacz i kordelas.
Wątki i powiązania : -
Po jakiego czorta jesteś na statku? : Takie życie.
Multikonta : Brak.
Liczba postów : 125
Join date : 03/04/2012
Wiek : 25

PisanieTemat: Re: Pokład statku   Wto Lis 06, 2012 5:25 pm

Teraz warto wznieść w duchu dziękczynne modły do panteonu indiańskich, południowoamerykańskich bóstw za dość wczesne wywołanie burdy w tawernie. Gdyby sielska atmosfera była obecna nieco dłużej, Martin zapewne nie stał by przed kapitanem tak prosto, jak robił to w tym momencie. Fakt-faktem, w oddechu można było wyczuć nutkę alkoholu, aczkolwiek na chwilę obecną trzeźwość jego umysłu miała się niezwykle dobrze, a on sam mógł teraz pomyśleć, jakby tu wyjść z całej sytuacji najkorzystniej. Kąciki ust Martina wzniosły się w jakimś śmiesznym wyrazie życzliwości i wewnętrznego ciepła. Cóż, podobno uśmiech przełamuje lody. Biorąc pod uwagę osobę Gilberta, to prawdopodobnie ten marny gest na nic się zda, jednak podobno tonący i brzytwy się chwyci. Przycisnąwszy butelkę, którą niósł se sobą, do piersi, odparł wreszcie:
- Gracias. ...Si, si, rum zawsze jest dobry. - Pokiwał potakująco głową, w duchu zdając sobie sprawę, że, być może, nie jest to najwyżej punktowana odpowiedź i zapewne nie taka, której kapitan oczekiwał. Ale nadzieję zawsze warto mieć. - ...Więc, kapitanie... czyżbyśmy raczyli wypływać? - Zapytał, nieudolnie próbując zmienić temat, wierząc, że uda mu się uniknąć ewentualnych cięgów. Wściekły dowódca to podobno mściwy dowódca.
Kątem oka zerknął w stronę bosmana. Znał go. Bardzo dobrze go znał. Zbyt dużo lat spędzili razem w rodzinnych stronach na amerykańskim kontynencie, by teraz nie kojarzyć jego osoby. Od razu wyczuł tę kierowaną ku niemu wrogość i spojrzenie, które bynajmniej nie kryło głębokiej dezaprobaty. Nie zdziwiło go to jednak, bowiem ich relacje nie należały do najcieplejszych i do wyjątkowo braterskich. Przynajmniej tak prezentowały się one na przestrzeni lat, które przeplatane były różnego rodzaju waśniami i sporami, często nawet o najdrobniejsze i najbardziej trywialne rzeczy. Argentyńczyk wyjątkowo lubił mu robić na złość, denerwować, na niego naskakiwać, wpędzać w różnego rodzaju problematyczne sytuacje, a co za tym szło, wyjątkowo lubił przebywać w jego towarzystwie, co dla świadomości Latynosa było do końca niezrozumiałym paradoksem. Mimo wszystko jakoś cieszył się w duchu, widząc go tutaj, choć czuł na sobie pokłady przesyłanej, negatywnej energii.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Prusy
Kapitan
avatar

Orientacja : Jestem samowystarczalny.
Ekwipunek : Ego.
Wątki i powiązania : Powiązany z rumem, zakochany w swoim odbiciu w lustrze. A gdzieś tam w tle są jeszcze małe pisklaki. Łotysz też, ale się nie przyzna.
Po jakiego czorta jesteś na statku? : To oczywiste. Żeby zalewała was moja wspaniałość. Co to w ogóle za pytanie?
User : Nie jest ci to potrzebne do szczęścia.
Liczba postów : 80
Join date : 21/10/2012
Skąd : Kunnegsgarbs

PisanieTemat: Re: Pokład statku   Wto Lis 06, 2012 8:32 pm

Puścił uwagę Łotysza mimo uszu, jak to ostatnio miał w zwyczaju. Mimowolnie wymamrotał w jego stronę ostre "Schnauze". Naprawdę nie czuł potrzeby marnotrawienia swojego cennego czasu na balast w postaci młodego Raivisa. Wszak pruska waga winna być teraz skierowana do świata, który zdawał się tylko czekać aż Gilbert połasi się o jego wodne zasoby. Moje królestwo, moje rządy, jak to mawiali na przestrzeni tysiącleci wielcy władcy. On sam tytułował się królem morskich toni, stąd też założenie, że najwyższy czas wypływać. Port portem, bijatyki i zakłady swoją drogą, ale największą przyjemność przynosi podbój i żegluga pod czarną banderą. W dodatku kompletował swoją załogę niezwykle starannie, nie było opcji by reszta członków jego okrętu miała odmienne preferencje. Niejeden raz rabował wraz z nimi brytyjskie okręty, azjatyckie dżonki. Mieli nawet za sobą incydent z hiszpańską flotyllą, ale niech jedynemu i prawdziwemu Bogu będą dzięki, znali kataloński. A właściwie pletli coś z szybkością błyskawicy, zupełnie jakby ich płuca nie upominały się o świeżą dostawę tlenu.
Prus doceniał ich przydatność. I wierność, o lojalności nie wspominając. Na swój skomplikowany sposób ich szanował - gdyby miał lepszy humor zapewne wygoniłby ich z pokładu po świeże beczki rumu. Acz na razie Los zalazł mu za skórę. I to wyjątkowo porządnie, jakby był spokrewniony z jakimś... Austriakiem. Albo pewną Węgierką.
Bosman milczał. Wielce wymownie od momentu gdy na okręci zawitał chodzący optymizm w postaci kwatermistrza. Może i się nie lubili, ale Gilbert za dobrze znał się na ludziach. I zawsze się tym chwalił - czy to trzeźwy, czy po flircie z promilami.
Krwiste oczy znów otaksowały sylwetkę Argentyńczyka. Trzymał się na nogach. Mrugał, dychał i szczerzył się głupi. Czyli wszystko było w nomie, za burtę nie wypadnie. Chociaż lepiej trzymać go z dala od armatnich kul. Zapobiegawczo, oczywiście.
- Scheiße... Mógłbyś go przynieść, a nie mówisz, że dobry! - warknął odruchowo, zaraz besztając się w myślach. Jak to szło? Nogi z du... powyrywam? Ja, złe zamiary aż odeń kipiały. Dyscyplina, psiamać. Syknął przez zaciśnięte zęby, starając się nie powyrzucać wszystkich do morza. Przydatni, przydatni, przydatni... - Nie zmieniaj tematu, cholera. Masz szczęście, że stoisz o własnych nogach, bo już dawno przestrzeliłbym ci kolana. Oczywiście, że wypływamy. Zaraz.
Ostatnie słowo niemal wysyczał, jakby chciał zastraszyć sam okręt. W tym momencie żagle powinny napiąć się same a statek winien szarpnąć do przodu. Dla nastroju w oddali pobrzmiewałyby szanty.
A teraz schodzimy na ziemię. Cztery osoby na pokładzie. Prus prawie skoczył z radości. Chociaż chętniej wskoczyłby do morza.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Chile

avatar

Orientacja : Sekret to sekret |:
Ekwipunek : NIC
Wątki i powiązania : Latynosi.
Po jakiego czorta jesteś na statku? : NIE JESTEM NA STATKU, TY CHOLERNY PIRACIE
Liczba postów : 389
Join date : 04/04/2012

PisanieTemat: Re: Pokład statku   Sro Lis 07, 2012 4:22 pm

Zerknął w stronę nabrzeża, mając jakąś taką nadzieję, że ujrzy tam wracającą załogę. Nie. Oczywiście, że niec takiego się nie zdarzyło.
Zamknął oczy, gdyby nie napięte do granic mięśnie można by wręcz uznać, że jakimś cudem Jose zasnął na stojąco. Jego słuch był jednak wyczulony. Rejestrował wszystkie odgłosy morza i portu, jakieś krzyki ludności, jak również rozmowę między kapitanem, a tym idiotą Martinem. Wystarczyłaby jednak jedna komenda, żeby znowu stanął na baczność czy ruszył do jakiejś roboty, niekoniecznie przyjemnej.
Niektórzy co bardziej romantyczni mówili, że ślepia człowieka były obrazem jego duszy. Chilijczyk nie wiedział nawet czy w to wierzyć, czy nie. Ale jakieś prawdopodobieństwo było, a on nie chciał, żeby ktoś w tamtym momencie czytał mu w myślach. No cóż, pewnie w żadnej chwili by tego nie tolerował.
Cztery osoby. Zamierzali wypłynąć w morze w cztery osoby, w tym dwie niekoniecznie silne fizycznie i jeden mało inteligentny. Przyszłość jawiła mu się w ciemnych barwach.
Zawsze chciał umrzeć na morzu. Gdy nadejdzie jego czas, chciał być na statku gdzieś na środku jakiegoś ogromnego zbiornika wodnego. Rozważyłby pewnie swoje czyny, gapiąc się na niebo. I odszedłby wolno lub nieco szybciej, z poczuciem że jego pirackie życie nie było dobre moralnie, ale dało dużo satysfakcji.
W tych marzeniach, chociaż może to nie było odpowiednie słowo, nie był jednak taki młody. Zawsze miał te ileś lat na karku i ze starości trudno już było mu się poruszać.
Nie mówiąc już o tym, że z taką liczną załogą nie byliby w stanie oprzeć się atakowi. Chyba, że napastnik byłby powalony chorobą czy jakąś inną zarazą, co było, krótko mówiąc, kompletnie nieprawdopodobne. Mogli natrafić na jakiś wojskowy patrol i skończyć na stryczku. Oczywiście, ryzyko było nieodłączną częścią pirackiego życia.
Jednakże wypływanie w cztery osoby było prawie jednoznaczne z samobójstwem.
Westchnął cicho, przejeżdżając ręką po włosach. Czekał, nie odzywając się, bo tak naprawdę nie miał co powiedzieć. Po co więc było strzępić język na niepotrzebne głupoty?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Chiny



User : Katze-Fresse
Liczba postów : 348
Join date : 27/09/2012

PisanieTemat: Re: Pokład statku   Sro Lis 07, 2012 7:40 pm

Tak więc chłopiec znajdował się w pamiętnej piwnicy, a dokładniej w jednej z cel. Wiatr świszczał na zewnątrz, ale przez grube, murowane ściany nie przedostawało się nic, żaden dźwięk. Miejsce to było, jak pamiętał Raivis, czymś, co zdawało się być w innym świecie, jedynym dźwiękiem było jęczenie więźniów.
Do ściany były przytwierdzone łańcuchy: na kostki i nadgarstki. I więziły one Prusa. Sam Galante nie tknąłby go - obrzydzenie jakie czuł przy mężczyźnie, nie wspominając o dotyku, było zbyt duże, niechęć zbyt wielka, a mdłości, które czuł zbyt dotkliwe. Po prostu stałby i patrzył... Zaufani ludzie jego ojca stopniowo sprawialiby piratowi co raz więcej bólu. Więcej i więcej. Aż w końcu albinos zemdlałby, ale ukojenie nie trwałoby długo. O nieeeeee ~. W każdym razie nie zabiliby go.
Pod blond czupryną Raivisa pojawiła się myśl, że potem może udałoby się naprawić ich stosunki. Gilbert wiedziałby, że mimo tego iż chłopak jest, co tu ukrywać, delikatny, to nie można z nim zadzierać, a Galante odpłaciłby mu za wszystkie upokorzenia, których doświadczył z jego strony.
Nie mniej jednak, tylko pociągnął kolejny raz kajdanami, ignorując nakaz kapitana. W każdym razie wypowiedziany był w ojczystym języku tamtego, który, co tu ukrywać, przypominał chłopcu rozszalałego wilka, który coś do niego warczy. A może tylko albinos tak się zachowywał? Z braku doświadczenia blondyn nie mógł dokonać dokładnej analizy tego tematu.
- Wypływamy- powtórzył chłopiec, po czym zamaskował śmiech kaszlem.- Jak już zauważyłem, szanowny kapitan nie lubi sobie brudzić rączek. Ja raczej jestem poza zasięgiem- mówiąc to, ponownie poruszył dłońmi.-Możliwości Jose nie znam, a tamten- tutaj zmarszczył nos, gdy dotarł do niego zapach Argentyńczyka przesiąknięty typową wonią tawerny.- śmiem twierdzić, że do końca nie wytrzeźwiał. Ale to tylko moje zdanie.- lekko wzruszył ramionami.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Argentyna
Papież Argamel Edward
avatar

Orientacja : W terenie!
Ekwipunek : Garłacz i kordelas.
Wątki i powiązania : -
Po jakiego czorta jesteś na statku? : Takie życie.
Multikonta : Brak.
Liczba postów : 125
Join date : 03/04/2012
Wiek : 25

PisanieTemat: Re: Pokład statku   Pią Lis 09, 2012 4:31 pm

Argentyńczyk mocniej ścisnął trzymaną butelkę, gdy dotarła do niego wzmianka kapitana. To się chyba nazywa mieć szczęście w nieszczęściu. Uśmiechnął się więc nieco pewniej, by w końcu zakomunikować, nieznacznie unosząc przy tym głos:
- Coś tam przyniosłem. Rum to to nie jest, ale- - W prawdzie trochę szkoda mu było owego łupu, ale gdyby miał wybierać między swoim karkiem, a tym jakże bezprawnie przywłaszczonym trunkiem, to zapewne wybrałby to pierwsze. Dokładnie tak więc uczynił. Butelka z oliwkowego szkła błysnęła mu w dłoniach. Choć w sercu już czuł pewną tęsknotę, wynikającą z przywiązania do niej i chłodny, średnio przyjemny dreszcz na plecach, spowodowany złowieszczym tonem kapitana, to i tak gotowy był z uśmiechem i promieniującą serdecznością ofiarować mu tę flaszeczkę.
- Ale stoję o własnych siłach. - Nadmienił. - Nie ma więc powodu, by przestrzeliwać mi kolana. ...Si, si. Nareszcie. W porcie nic ciekawego się nie dzieje, najwyższy czas.
W pewnym momencie do jego uszu dotarły słowa Łotysza. Argentyńczyk momentalnie zmarszczył brwi i niemal zmroził go spojrzeniem. Miał trochę szczęścia. Nie zdążył się upić z powodu burdy w tawernie, w dodatku przywlókł ze sobą nie byle jaki trunek, który najwyraźniej może mu pomóc w udobruchaniu kapitana.
Jak na złość i przeciwko wszystkiemu, chłopakowi zachciało się nagle wyrażać własne zdanie, które w dodatku nie działało najkorzystniej dla samego Martina.
- Przymknij się. - Syknął pod nosem. Jednak wypowiedział to tak cicho, jakby, koniec-końców nie chciał, by to dotarło, nie tyle co do uszu samego adresata tych słów, a do świadomości Gilberta. W końcu stali obok siebie, a póki co, warto by było do końca się nie pogrążać. Gdyby Łotysz został sam... Cóż, Martin nie byłby pewnie taki potulny i pobłażliwy, jak teraz. W końcu był piratem, mimo wszystko, a pirat bynajmniej nie charakteryzuje się życzliwością dla przypadkowych osób, ani bezinteresownością, ani dobrocią, a już na pewno nie przebacza.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Prusy
Kapitan
avatar

Orientacja : Jestem samowystarczalny.
Ekwipunek : Ego.
Wątki i powiązania : Powiązany z rumem, zakochany w swoim odbiciu w lustrze. A gdzieś tam w tle są jeszcze małe pisklaki. Łotysz też, ale się nie przyzna.
Po jakiego czorta jesteś na statku? : To oczywiste. Żeby zalewała was moja wspaniałość. Co to w ogóle za pytanie?
User : Nie jest ci to potrzebne do szczęścia.
Liczba postów : 80
Join date : 21/10/2012
Skąd : Kunnegsgarbs

PisanieTemat: Re: Pokład statku   Pią Lis 09, 2012 11:47 pm

Niesamowita załoga Niesamowitego Prusa na Niesamowitym statku... była w Niesamowicie beznadziejnej sytuacji. I nawet niezaprzeczalna Niesamowitość kapitana nic nie mogła na to wszystko zaradzić. Sumujące się niesamowitości były tak upierdliwie przytłaczające, że wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na kolejną noc w poracie. W dodatku niejedną, w gwoli ścisłości. Cztery osoby w załodze, z czego jedna wątła, drobna i trzęsąca się z byle powodu. W dodatku braknie im nawigatora - fakt, bosman miał kwalifikacje do tego fachu, ale wiadomo, że czasem dwa podjęte stanowiska przewyższają czyjeś możliwości. O ile nie zaczną dmuchać w żagle już teraz, nigdy nie wypłyną z portu.
Konkluzja pruskich myśli była tak straszna, że byłby się załamał. Okropne.
Nie dość, że bez pracy ich już i tak nadszczerbiony budżet niebezpiecznie zmaleje, to jeszcze wszystko wskazuje na ponowny pobór załogantów. Niebawem staną na skraju bankructwa, a tu nic tylko załamać ręce i walić głową o ster. Kapitan co prawda rozważał tą kwestię, ale stwierdziwszy, że i tak nic by z tego nie było - a jego boska fizjonomia i duma ucierpiałyby najbardziej - westchnął tylko.
Nie ma co się trapić niezbyt optymistycznymi myślami, trzeba się w końcu wziąć w garść, do diaska! To on jest tu kapitanem, psia mać! Wymaga się od niego znaczących decyzji, a nie pustych słów.
Bosman się nie odzywał. Nawet nie pokwapił się podłamać pruskiego autorytetu nieprzychylnym spojrzeniem. Po nim nie spodziewał się specjalnej żywiołowości, nie w obecności Argentyńczyka. Łotysz natomiast bawił się przednie. Marny kundel. Gilbert odpiął go od pasa, głaszcząc po głowie. Tylko uśmiech niweczył urokliwy obrazek zrozumienia, akceptacji i tolerancji. Typowo wredny, przypisywane wyłącznie zwycięzcom.
- Stul pysk. - powiedział, bawiąc się jego włosami. Jedno pasmo zaplótł na swoim palcu i odruchowo pociągnął. Mocno, tak, że głowa Raivisa odchyliła się gwałtownie do tyłu. - Jesteś na moim statku, spłacasz swój dług. Zachowuj się jak grzeczna psina, nie szczekaj na innych.
Zaraz odwrócił się do reszty załogantów, opierając dłonie na sterze. Zacisnął szczęki. Teraz przydałoby się uderzyć w wielką i charyzmatyczną strunę, zaznaczyć, że wszystko am cel. I dodać, że wypłyną. Dzisiaj, zaraz, teraz.
Prus pokręcił głową, opierając się nonszalancko o drewnianą rączkę. Westchnął ujmująco, przebiegając wzrokiem po sylwetkach zgromadzonych. Trzech ludzi na jego rozkazy. A gdzieś w głębinach Kalipso właśnie śmieje się do rozpuku. Gilbert kiedyś się za to odwdzięczy. Z nawiązką. W iście pruskim stylu, a o ich starciu powstaną legendy. I wyśpiewywać będą szanty w kilkadziesiąt lat po wszystkim.
Lecz wpierw motywacyjna przemowa.
- Panowie.... i ty. - spojrzał przelotnie na swojego zakładnika. Traktowanie ludzi przedmiotowo doprowadził do niedoścignionej perfekcji. - Wszyscy wiemy, że z trzech marynarzy, choćbym nie wiem jak wspaniałych, nie da rady zapanować nad statkiem. Nie, gdy mówimy o naszym okręcie. Tutaj trzeba przynajmniej siedmiu chłopa, a jak widać nie posiadamy nawet pięciu. - kiwnął głową, jakby doszedł do nowych przemyśleń. Przeszedł się po pokładzie, zatrzymując przy głównym maszcie. Spojrzał w górę, przebiegając wzrokiem po zwiniętych żaglach. Oddałby własną duszę, by ujrzeć jak napina je wiatr, a statek znów sunie po wodach na poszukiwanie nowych przygód. Gdyby jeszcze duszę posiadał, oczywiście.
- Oznacza to jedno. Resztę załogi uznaję za dezerterów, plugawe szczury lądowe niewarte zaufania i profesji pod moją banderą. Z dniem dzisiejszym musimy... ogłosić w porcie nabór na załogantów. Bez innych nie ruszymy tej łajby, nie ma co mieć nadziei. A i Kalipso nam nie sprzyja, psia krew.
Spojrzał na wszystkich, a w jego krwistych ślepiach błysła determinacja. Oczywistym było, że Prus się nie podda. Nie bez kozery nazywają go Władcą Mórz. Tytuł należy podtrzymywać.
- Ale teraz... skoro już ktoś raczył przynieść coś do wypicia, to możemy butelkę opróżnić. Po alkoholu zawsze lepiej się myśli.
O oto przemowę uznał za zakończoną.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Chile

avatar

Orientacja : Sekret to sekret |:
Ekwipunek : NIC
Wątki i powiązania : Latynosi.
Po jakiego czorta jesteś na statku? : NIE JESTEM NA STATKU, TY CHOLERNY PIRACIE
Liczba postów : 389
Join date : 04/04/2012

PisanieTemat: Re: Pokład statku   Sob Lis 10, 2012 2:48 pm

Oczywiście, Martin spróbował przekupić kapitana alkoholem, aby uniknąć kary. Jakoś go to nie zdziwiło, Argentyńczyk taki właśnie był. Łatwo wpędzający się w kłopoty, a potem wyplątujący się z nich jakimś magicznym sposobem. Irytujące. Zwłaszcza, że Prusak jakoś na to poszedł. Powstrzymał się jakoś od zgryźliwego komentarza.
Wreszcie zdecydował się otworzyć oczy, brązowe ślepia ponownie spotkały się ze światem. Nieco je przymrużył, wsłuchując się w przemowę kapitana. W sumie nie zdziwił go fakt, że rejs został odwołany na później. Wiadomość z jeden strony go ucieszyła, z drugiej wprawiła w irytację. Paradoks bardzo często spotykany. Decyzja była jednakże według niego rozsądna. Jedyne dobre wyjście z sytuacji.
O ile ktokolwiek zechce się zaciągnąć. W innym przypadku sterczeliby w porcie miesiącami, czekając na niewiadomo co. Chyba na śmierć ze starości i nudy.
Westchnął na wzmiankę o piciu. Bardzo lubił alkohol, od pierwszego łyku dawno temu, miał na niego ochotę bardzo często. Od jakiegoś czasu starał się jednak powstrzymywać. Doskonale wiedział jak taki trunek potrafił wpłynąć na głowę, jakie dziwne rzeczy wyprawiali ludzie, którzy się upili. Jose nie mógł sobie na coś takiego pozwolić. Sprawnie pracujący umysł był jego największym atutem, jeżeli nie jedynym.
Mięśnie górowały w pirackim życiu. Chilijczyk rzeczywiście nie mógł się pochwalić zbyt wielką siłą fizyczną, stał w tyle nawet za własnym rodzeństwem. Jednak nie znaczyło to wcale, że nie był nic wart, mózg również miał znaczenie. A człowiek pozbawiony i jednego, i drugiego, był na statku kompletnie bezużytecznym śmieciem.
Podchodził więc do rumu z ostrożnością, wykazując się dużą siłą woli. Być może po części wynikło to z tego, że w przeszłości, gdy był jeszcze nawigatorem, nie mógł być pijany. Człowiek, sprawujący taką funkcję, powinien być trzeźwy, żeby nie rozbić statku czy nie zgubić się na środku oceanu.
-To ja chyba już pójdę, psia krew- wymamrotał, odzywając się po raz pierwszy od dawna. Z jego głosu na szczęście już zniknęła chrypa, gardło odpoczęło od wydzierania się na statek.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Chiny



User : Katze-Fresse
Liczba postów : 348
Join date : 27/09/2012

PisanieTemat: Re: Pokład statku   Pon Lis 12, 2012 4:08 pm

Łotysz od niemal pierwszej chwili był wystawiony na złośliwości ze strony Gilberta. Na początek było to swojego rodzaju oderwanie się od nudnej rzeczywistości - Raivis jako osoba dość wysoko urodzona był szanowany, ale nie przez to kim był... Albinos natomiast lubował się w uszczypliwych uwagach, którymi szczodrze obdarowywał swoje otoczenie. Usta Prus zdawały się być stworzone do ociekania jadem - brakowało mu tylko wężowych kłów, które dosłownie wydzielałyby jad, sączący się powoli kropelkami. Zapewne Natura nie obdarowała jasnowłosego tym z racji tego, że zepsułoby to jego "wspaniały" wygląd. Chociaż i tak tamten tak często suszył zęby, że zdawało się Łotyszowi, iż lada chwila coś się pojawi.
W każdym razie spotkanie z Gilbertem było ciekawą odmianą - był tak zupełnie inny od otaczających Galante ludzi. Był po prostu zagadką i osobą, która gdzieś miała status danej osoby...A może było tak jedynie w przypadku młodego zakładnika? W każdym razie jasnowłosy zdobył zainteresowanie chłopca.
Nie mniej jednak wszystko się skończyło, a teraz mężczyzna traktował go niczym śmiecia. Nie osobę, lecz rzecz, która tylko plącze się między nogami, wkurzając samego posiadacza.
Raivis wzruszył ramionami na wypowiedź Prusa, a w taki sam sposób skomentował po chwili krótkie zdanie Argentyńczyka i tylko odszedł od nich, rozcierając po drodze zaczerwienione nadgarstki. Oparł łokcie o burtę, natomiast brodę na dłoniach. Skierował swe spojrzenie na majaczącą w oddali wodę, jak gdyby błyskającą do niego wesoło, w geście pocieszenia - ot, zawsze przecież będzie lepiej. Ciekawe tylko kiedy, pomyślał chłopiec, wzdychając ciężko.
Zdecydowanie jego życie nie zaliczało się do tych dobry. Może to była pewnego rodzaju kara za to, iż narzekał na to, co robił kiedyś.

// Pomijajcie mnie dalej, bo na komórce nie mogę się zalogować nawet po zmianie nicku. Teraz poszłam na informatykę z nudów, a z racji tego, że już skończyłam się edukować w szkole w tym kierunku, to mam wolne (net *o*). Ogólnie nie wiem kiedy wrócę, lekarz powiedział, że "w najbliższym czasie". Cóż, opiekunka mówi, że na święta na pewno. Na serio to może być długo, bo nie wiadomo co mi jest ._. Łotysz się kłania <nie Prusowi oczywiście - ignorancie ty jeden> i serdecznie przeprasza za problem.
P.S mogą być literówki - klawiatura jest dzika, a chciałam odpisać @.@
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Argentyna
Papież Argamel Edward
avatar

Orientacja : W terenie!
Ekwipunek : Garłacz i kordelas.
Wątki i powiązania : -
Po jakiego czorta jesteś na statku? : Takie życie.
Multikonta : Brak.
Liczba postów : 125
Join date : 03/04/2012
Wiek : 25

PisanieTemat: Re: Pokład statku   Pią Lis 16, 2012 5:23 pm

Punkt.
Pomimo wszelakich przeszkód, Martin miał zdecydowanie dobry dzień. Nie otrzymanie chłosty od kapitana, czy jeszcze jakiejś innej, równie wymyślnej kary, można uznać za na prawdę duży sukces. Tym bardziej, że choć jego zdobycz zostanie przekazana w imię ratowania własnego karku, to i tak Gilbert zaproponował zbiorową degustację przyniesionego przez Argentyńczyka trunku.
- Si, si, ma kapitan rację. - Podsumował go, całkiem rozentuzjazmowany. Martin był osobnikiem, który niesamowicie lubił towarzyskie spotkania i nie ważne, czy były one pobłogosławione strumieniami alkoholu, czy też nie. Istotny był fakt uczestniczenia w jakimś zbiorowym wydarzeniu.
Mimo wszystko, Argentyńczyk upijać się nie bał. Niespecjalnie obchodziło go, co też takiego może zrobić pod wpływem jakiegoś wysokoprocentowego trunku. Podobno trzeba przechodzić przez życie w ten sposób, by wstyd było opowiadać, ale miło powspominać. Idealna domena dla kogoś takiego, jak chłopaczyna jego pokroju.
Zerknął wreszcie na Chilijczyka. Zmarszczył nieco brwi, by w końcu się do niego po raz pierwszy odezwać:
- Jose. A gdzie ci tak spieszno? - Zapytał w końcu.

// Przepraszam za przymuł. Zachrzan w szkole taki, że mówię wam. :CC
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Chiny



User : Katze-Fresse
Liczba postów : 348
Join date : 27/09/2012

PisanieTemat: Re: Pokład statku   Pon Lis 19, 2012 6:42 pm

// Mamy odpisywać i pomijać Prosiaczka. Ma jakąś wymianę neta i za 2-3 dni odpisze
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Chile

avatar

Orientacja : Sekret to sekret |:
Ekwipunek : NIC
Wątki i powiązania : Latynosi.
Po jakiego czorta jesteś na statku? : NIE JESTEM NA STATKU, TY CHOLERNY PIRACIE
Liczba postów : 389
Join date : 04/04/2012

PisanieTemat: Re: Pokład statku   Wto Lis 20, 2012 4:03 pm

Kiedyś, bardzo dawno temu, gdy Jose był jeszcze dzieckiem zauważył pewną rzecz, która wtedy zaciekawiła go dogłębnie. Potem, gdy dorósł, uznał tą sprawę za idiotyczną, wręcz o niej zapomniał.
Po raz pierwszy zwrócił na to uwagę w chwili, gdy okropnie mu się nudziło i nie miał co robić. Mianowicie w pewnych sytuacjach niektóre zwierzęta... Jeżyły się. Dlaczego? Wtedy było to dla niego kompletną zagadką, a wszystkie próby dowiedzenia się od innych osób, które mogłyby wiedzieć, nie przynosiły żadnych efektów. Otaczające go towarzystwo nie było skłonne do udzielenia mu tej informacji- wręcz przeciwnie, wyśmiewano go i kazano mu przestać „przejmować się głupotami”.
Jednakże on po prostu chciał wiedzieć. Dlatego wziął sprawy w swoje ręce.
Po dłuższym czasie obserwacji i składania faktów, wysnuł wniosek, że niektóre istoty stroszą się, gdy są w niebezpieczeństwie, gdy coś ich przestraszy albo rozjuszy. Czy z jakiegoś innego powodu chcą pokazać całemu światu, że to one rządzą.
Gdyby Jose miał całe ciało pokryte futrem, zapewne również i ono podniosłoby się i najeżyło. Martin oczywiście musiał się odezwać, wtykając swój nos w kompletnie nieswoje sprawy i wywołując u Chilijczyka złe, bardzo złe emocje.
Przez twarz bosmana przemknął cień. Zanim odpowiedział minęło tyle czasu, że można by wręcz przypuszczać, że w ogóle nie zamierzał się odzywać.
-Nie sądzę, żeby to był twój interes- wycedził, starając się, żeby jego głos zabrzmiał jak najbardziej zimno i jak najbardziej obojętnie się dało. Coś mu jednak jak zawsze nie wyszło. Nigdy nie potrafił zachować spokoju w obecności brata, który działał na niego jak czerwona płachta na byka.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Prusy
Kapitan
avatar

Orientacja : Jestem samowystarczalny.
Ekwipunek : Ego.
Wątki i powiązania : Powiązany z rumem, zakochany w swoim odbiciu w lustrze. A gdzieś tam w tle są jeszcze małe pisklaki. Łotysz też, ale się nie przyzna.
Po jakiego czorta jesteś na statku? : To oczywiste. Żeby zalewała was moja wspaniałość. Co to w ogóle za pytanie?
User : Nie jest ci to potrzebne do szczęścia.
Liczba postów : 80
Join date : 21/10/2012
Skąd : Kunnegsgarbs

PisanieTemat: Re: Pokład statku   Pią Lis 23, 2012 4:54 pm

Jedną z niezaprzeczalnych zalet kapitańskiego fachu, jest posiadanie własnej kajuty. Gdzie może spokojnie wszystko przemyśleć, przeanalizować, zajrzeć do mapy skarbów i opróżnić zapomnianą butelkę piwa. Oczywiście, by się tam znaleźć musiałby zejść pod pokład, prawdopodobnie przeżyłby nie lada katusze stwierdzając, że cały okręt wieje pustkami. Ponadto nie miał ochoty na samotnię, a przynajmniej tak sobie wmawiał. Jego Wspaniałość nie zasługiwała na brak towarzystwa, a i szlachetna persona nie widziała sensu w specjalnym manewrowaniu w swoim aktualnym położeniu. Póki na horyzoncie majaczyło jeszcze słońce, mógł spokojnie spędzić czas z załogą. O ile załogą można nazwać dwóch marynarzy i jednego nędzna zakładnika. Rzucił okiem na... nie oszukujmy się, mizerny skład swojego statku. Bosman zawsze przydatny, Kwatermistrz również. Na tą dwójkę narzekać nie mógł, co najwyżej jednemu ograniczyłby rum do niezbędnego minimum. Nie miał żadnych obiekcji odnośnie wspólnej żeglugi. Gorzej gdy byli zmuszeni do czatowania w porcie. Zupełnie jakby czekali na cud.
Prusak westchnął, omijając wzrokiem dwójkę załogantów. Nie wyglądali na specjalnie zaprzyjaźnionych, chociaż o wszczęcie burdy ich nie podejrzewał. Ot, zwyczajowo brakowało im atrakcji, stąd napięta atmosfera. Zerknął na swojego zakładnika.
Drobny, nieco wychudzony, ale wciąż urzekająco słodki. Nie udało się wytępić tej osobliwości, która przy pierwszym spotkaniu tak zaintrygowała Gilberta. Może to dobrze, a może źle. Dotychczas zakładnik specjalnie się nie udzielał, widocznie nie widział takiego powodu.
Prus porzucił swoje rozmyślania o ewentualnej przydatności Łotysza. Jak zawsze wyszedłby na stracie, a tego nie lubił.
Podszedł do niego cicho, z nieprzeniknioną miną. Zastygły we wspomnieniach Raivis był widokiem od którego swego czasu nie mógł oderwać wzroku. Wszystko wskazywało na to, że jakiś sentyment pozostał.
- ...wypadniesz za burtę jak się będziesz tak wychylać, zarazo. - zauważył obojętnym tonem, stając za nim tyłem. Oparł dłonie na burcie, układając podbródek na jego ramieniu. Przez chwilę nic nie mówił. - O czym tak myślisz? Wiem, że o mnie, bo wyraźnie się ślinisz, ale zawsze możesz opisać.
Mówił szeptem, tak żeby tylko Łotysz usłyszał.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Chiny



User : Katze-Fresse
Liczba postów : 348
Join date : 27/09/2012

PisanieTemat: Re: Pokład statku   Pią Lis 23, 2012 5:29 pm

Blondyn czuł na sobie spojrzenie pirata, jednak tylko zerknął na niego kątem oka i patrzył przez chwilę nań aż nie zaczęło mu się kręcić w głowie. Przyzwyczajony był do tego, że czasem, gdy rozmyślał wpatrując się tępo przed siebie i zatracił się wśród wąskich wstążek pamięci wijących się niczym misternie utkana pajęcza się, albinos przypatrywał mu się. Dlaczego? Cóż, nigdy nie chciał chłopcu tego powiedzieć, nawet gdy między nimi było dobrze. Może z czasem zdradziłby powód... Na początku niezmiernie denerwowało to Galante, ale z czasem doszedł do wniosku, że nie jest to czujne obserwowanie każdego, nawet najmniejszego, ruchu chłopca w oczekiwaniu aż ten coś zrobi. Jakby... Śledząc go.
Łotysz zignorował pierwszą wypowiedź mężczyzny - przyzwyczaił się przecież do złośliwych uwag czy obraźliwych określeń wypowiedzianych tak obojętnym głosem, jakby mówił o pogodzie. Ot, nic nie wartego uwagi. Tak samo mógłby opowiadać o bijatyce w tawernie, którą widział paręnaście lat temu, a która go nie obchodziła - miło było sobie na to popatrzeć, czy nie ma nic ciekawszego od bandy uchlanych mężczyzn bijących się po mordach? Ależ skąd, to takie pasjonujące!
W sumie tamten mógłby go obrażać ile wlezie, przyzwyczaił się już... Jednak nic nie rani bardziej niż ten obojętny ton. Raivis mógłby być zwykłym karaluchem. Nic nie wartym.
Najlepszą obroną była obojętność.
Już zaciskał usta, by spomiędzy warg nie wyszła żadna niechciana odpowiedź, gdy... Och. Zamknął oczy, uśmiechając się lekko. Narcyz jakich mało. , pomyślał kaszlnięciem maskując śmiech.
- Tylko coś sobie przypomniałem- odparł po chwili. Odpowiedź padła powoli, jak gdyby chłopiec się ciągle nad nią zastanawiał. Zdecydowanie jego słowa były neutralne. Ot, mógł sobie przypomnieć coś z domu, co niekoniecznie miało związek z Gilbertem.
Zdecydowanie taka odpowiedź była dobra. I dobre, w pewnym sensie oczywiście, było czucie ciepła ciała albinosa, który się oparł o niego. Przypomniało to blondynowi minione chwile, które wspomniał ze smutkiem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Argentyna
Papież Argamel Edward
avatar

Orientacja : W terenie!
Ekwipunek : Garłacz i kordelas.
Wątki i powiązania : -
Po jakiego czorta jesteś na statku? : Takie życie.
Multikonta : Brak.
Liczba postów : 125
Join date : 03/04/2012
Wiek : 25

PisanieTemat: Re: Pokład statku   Sob Lis 24, 2012 10:15 am

Choć ton głosu Chilijczyka z pewnością nie wyrażał jakiejkolwiek aprobaty wobec osoby Martina, to ten nie wydawał się być jakoś tym faktem szczególnie zraniony. Wręcz przeciwnie. Kąciki jego ust uniosły się nieznacznie w bladym, acz ciepłym i serdecznym uśmiechu. Można by domniemywać, iż ten gest jest swego rodzaju ironicznym podsumowaniem do wypowiedzi Jose, jednak taki wniosek z pewnością byłby błędny. Dlaczego?
Prawdopodobnie zabrzmi to jak średnio udany paradoksik, jakby żywcem wyjęty z jakiegoś poetyckiego farmazonu, jednak taka postawa ze strony brata, Martinowi kojarzyła się po prostu dobrze. Odkąd sięgał pamięcią, Chilijczyk odnosił się o niego właśnie w ten sposób, wyraźnie nie siląc się na zbędne uprzejmości. Nie było spotkania, by nie wymienili ze sobą jakichś zgryźliwych uwag. Dla obserwatora zapewne mogło wydać to się po pewnym czasie nie do zniesienia, lecz Latynos widział w tym multum dobrej zabawy, podczas której można było swojego rozmówcę nieco poddenerwować. Poza tym przypominały mu się lata spędzone na południowoamerykańskim kontynencie. Teraz, na statku, każde wspomnienie rodzinnych stron wydawało się dobre.
- A jednak zapytam. Z ciekawości chociażby. - Odpowiedział. - ...Poza tym, warto pakować się w czyjeś interesy, bo i zawsze można coś dla siebie zagarnąć, a przecież o zyski w życiu chodzi, si?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Chile

avatar

Orientacja : Sekret to sekret |:
Ekwipunek : NIC
Wątki i powiązania : Latynosi.
Po jakiego czorta jesteś na statku? : NIE JESTEM NA STATKU, TY CHOLERNY PIRACIE
Liczba postów : 389
Join date : 04/04/2012

PisanieTemat: Re: Pokład statku   Sob Lis 24, 2012 9:38 pm

Patrzył na Martina z chłodem graniczącym z wrogością. Ten uśmiech na twarzy rozmówcy jak zwykle wywołał u niego irytację. Wywrócił oczami i wymamrotał coś pod nosem. Martin oczywiście musiał go drażnić swoim zachowaniem... A on musiał się mu dawać, pozwalać na częściowe panowanie nad jego emocjami.
-Ty i ta twoja cholerna ciekawość- wymamrotał, leniwie wkładając ręce do kieszeni. W sumie sam nie wiedział co on tam jeszcze robił. Kapitan nie zabronił mu odejścia, więc mógł to zrobić bez problemów. A chciał odejść od Argentyńczyka i mieć wreszcie chwilę świętego spokoju. Jednocześnie jednak chciał z nim pogadać, nawet się pokłócić. Może był to początek rozdwojenia jaźni.- ... Idioto. Z moich interesów akurat ty nie będziesz miał zysków, nie zgadzam się na coś takiego. Zapomnij. I idź się utop najlepiej.
Niedbałym gestem wskazał na odmęty wody. Powiedzenie może niezbyt oryginalne, ale po co się silić jeśli blondyn i tak nie posłucha? Zerknął na niego z oczekiwaniem, jakby naprawdę się spodziewał, że Martin okaże się na tyle miły, że pośpiesznie wyskoczy za burtę i pozna się bliżej z pływającymi tam rybkami... W tym rekinami. Najlepiej takimi krwiożerczymi.
- Chcesz wiedzieć gdzie mi tak śpieszno? No to muszę cię zmartwić, bo ja wcale się psia krew nie spieszę. Więc nie mogę udzielić odpowiedzi na twoje głupie pytanie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Argentyna
Papież Argamel Edward
avatar

Orientacja : W terenie!
Ekwipunek : Garłacz i kordelas.
Wątki i powiązania : -
Po jakiego czorta jesteś na statku? : Takie życie.
Multikonta : Brak.
Liczba postów : 125
Join date : 03/04/2012
Wiek : 25

PisanieTemat: Re: Pokład statku   Czw Lis 29, 2012 9:59 pm

W tym momencie Argentyńczyk był jak żywa wizytówka społeczeństwa latynoskiego - rozpromieniony, rozentuzjazmowany, przemawiał przez niego wrodzony optymizm. Dosyć śmiało zrobił więc parę kroków w stronę Jose, ciągle nie przejmując się pokładami wysyłanych ku niemu negatywnych fal.
- Si, ciekawość. Ale to chyba dobrze. Jakbym nie był ciekawy, to nie poznałbym świata. - Odparł, mierząc go spojrzeniem. Być może najgorsze było to, że Martin miał w tym momencie wewnątrz bardzo dużo niewykorzystanej energii, nawet jeśli nie tak całkiem dawno kotłował się czterech ścianach jakiejś portowej tawerny wraz z innymi, brodatymi współtowarzyszami pirackiej biesiady. W obliczu iskierki szczęścia i perspektywy wypłynięcia w najbliższym czasie na głębokie wody, ten osobnik jakby nagle nabrał swego rodzaju witalności. Co za tym szło?
Mógł być jeszcze bardziej irytujący.
- Jakbyś miał coś w tej kwestii do powiedzenia. - Pokręcił głowa. - Znasz mnie tak długo, a jeszcze nie nauczyłeś się, że z zasady ciężko jest na mnie cokolwiek wymusić? - Oczywiście, rzecz jasna, wszystko mieściło się w granicach pewnych norm. Był świadom własnej hierarchii na statku, dlatego wykonałby każde polecenie dane mu przez kapitana, nawet jeśli na pierwszy rzut oka był to chodzący własnymi drogami swawolnik. No, ale to w stosunku do dowódcy. Reszta miała się już trochę inaczej, jeśli weźmiemy pod uwagę zaistniałe w tej chwili okoliczności.
- Utopić? Nie. To byłaby bardzo haniebna śmierć dla wilka morskiego. - Podsumował, kątem oka zerkając na szumiące w oddali fale.
- No to w takim razie powiedz, gdzie w ogóle miałeś zamiar iść.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Prusy
Kapitan
avatar

Orientacja : Jestem samowystarczalny.
Ekwipunek : Ego.
Wątki i powiązania : Powiązany z rumem, zakochany w swoim odbiciu w lustrze. A gdzieś tam w tle są jeszcze małe pisklaki. Łotysz też, ale się nie przyzna.
Po jakiego czorta jesteś na statku? : To oczywiste. Żeby zalewała was moja wspaniałość. Co to w ogóle za pytanie?
User : Nie jest ci to potrzebne do szczęścia.
Liczba postów : 80
Join date : 21/10/2012
Skąd : Kunnegsgarbs

PisanieTemat: Re: Pokład statku   Pią Lis 30, 2012 12:36 pm

Prusak westchnął, przewracając oczami. Nie rozumiał jak można nie myśleć właśnie o nim – wszak Najwspanialszy kapitan, hm? To niemal zdrada stanu gdy twój umysł zakrząta coś innego, szczególnie gdy jesteś tylko zakładnikiem. W przypadku Łotysza sytuacja była bardziej skomplikowana, chociażby przez wgląd na ich wspólną przeszłość. W końcu Gilbert nie wybrał Raivisa przez przypadek, należy o tym zawsze pamiętać.
Wielki łotewski książę skończył jako marny zakładnik. Jego zakładnik. Najważniejsze, że nie należał już o korony, nie przysługiwał mu tron, a bogactwa były poza zasięgiem. Jedyne co się natenczas liczyło, to więzy krwi. Chociaż Gilbert nie wątpił, że rodzina chłopca już dawno przestała się doń publicznie przyznawać. Jak tu akceptować dzieciaka, który nie dość, że zdradzał swój stan i chadzał w miejsca, które nawet Prusak określał jako obleśne, to jeszcze zadawał się z nieodpowiednimi ludźmi. Tak, Gilbert zdecydowanie do nich należał. Choćby przez wzgląd na to, że ich pierwsze sławetne spotkanie miało miejsce w zapomnianej tawernie, gdzie taki niewinny kmieć jak Raivis nie uchowałby się za długo samotnie. Wtedy się spili. I wspomnienia się zamazywały na obłąkańczej drodze do pokoju. To było ciepło, szaleństwo i swego rodzaju odkupienie za wrak statku. Gilbert potrzebował zapomnienia przy butelce, Raivis widocznie chciał chociaż przez chwilę poczuć się jak normalny człowiek. Nie jak książę, który wciąż musi być uosobieniem cnót i dobrego wychowania – jak przeciętny chłopaczyna, który natrafił na niewłaściwego kompana.
Usta kapitana drgnęły w uśmiechu. Jakby nie spojrzeć, sytuacja była wtedy ciekawa. Spotkali się jeszcze niezliczoną ilość razy, praktycznie wszędzie. Ulica, zaułek, nawet okazjonalnie w porcie. Wszystko było tylko dziełem przypadku, widocznie złośliwy Los na moment zapomniał wtrącić się w pruskie sprawy. I dobrze, bo Gilbert miał szczyptę przyjemności na tle pirackiego żywota.
Szkoda jedynie, że ich kontakty musiały się aż tak pogorszyć po kradzieży Łotysza. Kto by przewidział, że kawałek mapy, tak skwapliwie ukryty w połach kapitańskiego płaszcza, będzie dla Raivisa aż tak łakomym kąskiem? To rzucało cień na bezinteresowność zamiarów chłopca. I bardzo poważnie nadgryzało zaufanie jakim Gilbert go darzył.
- Oczywiście wspominasz tylko i wyłącznie mnie. – zastrzegł stanowczo, mimochodem opierając się na drobnym ciele. Automatycznie, jakby bez udziału umysłu, dmuchnął w jego policzek. Kilka jasnych pasm włosów zadrżało. Gilbert pamiętał je w innej sytuacji, gdy imitowały aureolę. – Odpowiedz inaczej, a zafunduje ci spotkanie z Kalipso.
Czy faktycznie by to zrobił? Trudno orzec jednogłośnie. Wiadomo, że lubił słodkie rzeczy, nawet jeśli bardzo głęboko to ukrywał. Raczej niebyły chętny do utraty kwintesencji słodyczy w postaci Łotysza. Raczej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Chile

avatar

Orientacja : Sekret to sekret |:
Ekwipunek : NIC
Wątki i powiązania : Latynosi.
Po jakiego czorta jesteś na statku? : NIE JESTEM NA STATKU, TY CHOLERNY PIRACIE
Liczba postów : 389
Join date : 04/04/2012

PisanieTemat: Re: Pokład statku   Pią Lis 30, 2012 5:45 pm

No tak, Martin co gorsza musiał jeszcze zmniejszać odległość ich dzielącą. Pewnie chciał naruszyć jego przestrzeń osobistą. Nie chcąc do tego dopuścić, Jose cofnął się o parę kroków do tyłu. Jakaś równowaga musiała być.
Teraz pewnie czekało ich przeganianie się tam i z powrotem po pokładzie.
-To, czy dobrze, zależy od tego, czego ta ciekawość dotyczy. Jeżeli mnie to źle, bo... Bo tak, cholera. Nie jestem światem i nie musisz mnie poznawać- wymamrotał. Podczas gdy Martin był widocznie w bardzo dobrym nastroju, Chilijczyk jak zwykle pozostawał w złym. Na początku również ekscytował się na wypłynięcie na morze, okazało się jednak, że zostają. Niewiadomo na ile. Nadzieja rozwiała się na cztery wiatry, zastąpiona irytacją. A może nawet czymś więcej? Wściekłością? ... Rozczarowaniem?
-Wiesz... Teoretycznie mógłbym się nauczyć, ale ludzie się zmieniają. A poza tym sam się nie uczysz pewnych rzeczy o mnie, więc nie powinieneś psia krew gadać- rzekł, krzyżując ręce. Czyli tak jak myślał, Argentyńczyk nie zamierzał współpracować. W sumie Jose nawet by nie chciał, żeby Martin się utopił, ale i tak.- No to wybierz sobie jakąś inną śmierć?
Prychnął, słysząc jego kolejne pytanie. Przez chwilę zastanawiał się co odpowiedzieć. W końcu do głowy przyszła mu myśl- czemu nie odpowiedzieć szczerze? W końcu sam się zapytał, więc pewnie o to mu chodziło. Wzruszył lekko ramionami.
-Nie mam pojęcia gdzie. Ale gdzieś, gdzie by ciebie nie było. Znasz takie miejsce?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Chiny



User : Katze-Fresse
Liczba postów : 348
Join date : 27/09/2012

PisanieTemat: Re: Pokład statku   Pią Lis 30, 2012 9:19 pm

Po prostu Gilbert - przekonany o własnej wyższości, nieomylności i cudowności. Uważał się za najprzystojniejszego, zapewne od prawdy nie mijałoby się stwierdzenie, że gdyby mógł to czciłby siebie, a tak...Cóż, niestety musiał pozostawić to innym. Okropna strata! Ci zwykli ludzie nawet nie wiedzą, jaki spotkał ich zaszczyt.
- No dobrze- zgodził się, lekki kiwając głową. Skoro tamten chce...nie, rozkazał Łotyszowi, myśleć o samym albinosie to temu nie pozostaje nic innego. Uśmiechnąwszy się lekko, powoli obrócił się przodem do mężczyzny. Zajęło mu to parę chwil, gdyż nie chciał zmuszać pirata, aby się od niego odsunął, tak więc chłopiec wciągnął brzuch, jak gdyby nie był wystarczająco chudy, a rękoma objął się w pasie.
Zająwszy odpowiednią pozycję, przez chwilę wpatrywał się w swojego...pana. Najpierw otaksował spojrzeniem kapitański strój, którego ozdoby błyszczały w świetle zachodzącego słońca, by po chwili fiołkowe oczy prześlizgnęły się po jasnej szyi i jabłku Adama, wdzięcznie poruszającym się pod jasną skórą. Następnie przyszła kolej na linię żuchwy, którą w pewnych okolicznościach sobie ulubował, niemal tak samo jak jasne usta, najczęściej wykrzywione w drwiącym uśmieszku i skrywające białe, ostre niczym małe sztylety, zęby. Nos, a także kości policzkowe na których skóra wyglądała niczym cienki papirus, miękko otaczający kości policzkowe. Niemal białe brwi, które wyglądały niczym odrobina śniegu, miękko poddająca się dotykowi obuszków. I wreszcie oczy - małe, niezgłębione oceany wypełnione życiodajną cieczą. Teraz odbijał się w nich Galante, dziwnie krwisty.
- Wspominam tylko i wyłącznie ciebie- powtórzył niczym echo, unosząc dłoń, która zatrzymała się tuż przed twarzą jasnowłosego.- Nie śmiałbym inaczej.- dodał, uśmiechając się.
Zawiał mocniejszy wiatr, łopocząc ubraniami chłopca, wprawiając w ruch blond włoski a także poruszając tymi należącymi do pirata. Raivis opuścił lekko głowę, a jego nos zatopił się w szatach rozmówcy - wciągnął powietrze, jednocześnie wzdychając zapach tamtego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Prusy
Kapitan
avatar

Orientacja : Jestem samowystarczalny.
Ekwipunek : Ego.
Wątki i powiązania : Powiązany z rumem, zakochany w swoim odbiciu w lustrze. A gdzieś tam w tle są jeszcze małe pisklaki. Łotysz też, ale się nie przyzna.
Po jakiego czorta jesteś na statku? : To oczywiste. Żeby zalewała was moja wspaniałość. Co to w ogóle za pytanie?
User : Nie jest ci to potrzebne do szczęścia.
Liczba postów : 80
Join date : 21/10/2012
Skąd : Kunnegsgarbs

PisanieTemat: Re: Pokład statku   Pon Gru 10, 2012 11:38 pm

I taka odpowiedź była satysfakcjonująca. Należyta. Właściwa. Jakkolwiek by jej nie nazwać, Prus właśnie to chciał usłyszeć. Żadnej innej by nie dopuścił, nawet mściłby się gdyby Łotysz dopuścił się nieposłuszeństwa. Zresztą... każda inna reakcja nie byłaby mile widziana. Prawdopodobnie Raivis powitałby ją w czułych objęciach lodowatej, morskiej wody.
- Das gut. - kiwnął głową, a drwiący uśmiech znacznie się poszerzył. Błysk w krwistych oczach zdradził nieczyste myśli i chwilowy brak poczytalności. Ale to tylko chwila, tak ulotna, że nikt by jej nie złapał. Gilbert miewał je nieczęsto, nie chwalił się nimi szczególnie.Może dlatego, że wtedy bywał zbyt zaborczy i niepojęty dla niektórych ludzi. Co nigdy nie przekreślało jego niesamowitych zdolności przywódczych. Można było mówić o nim wiele, naprawdę.
Ktoś coś wspominał o narcyzie i skrajnym egoiście, kilka osób obwołało go ekscentrykiem. Kiedyś, dawno temu jakiś śmiałek nazwał go bękartem. Dzień później słuch o nim zaginął. Bywa. Jakkolwiek by go nie nazywali, każdy z nich przyznawał to samo: Prus to urodzony kapitan i dowódca. A cała reszta jest bez znaczenia, mogą mu jedynie buty glansować. Z Arthurem na czele.
- I masz nigdy nie pomyśleć o innym. - warknął, pochylając się nad nim, agresywnie wpijając w jego usta. Miał gdzieś czy załoga - w liczbie aż dwóch marynarzy, to naprawdę robiło niebagatelne wrażenie - patrzy czy nie. Nagle zapragnął sobie przypomnieć stare dzieje, kiedy to Łotysz był jego z własnej woli. Dosłownie przycisnął go do burty, zapamiętale całując. To nie były czułe pocałunki, ulotne subtelności. To było ostrzeżenie. Zęby Gilberta na ustach Raivisa znaczyły jedno: "jesteś mój i nikogo innego". Dłonie Prusa natychmiast temu przytaknęły, momentalnie chwytając chłopca za biodra i przyciągając mocno do ciała białowłosego.
- Od teraz myślisz tylko o mnie. To rozkaz. - warknął wprost w usta Łotysza, spoglądając nań zaborczym wzrokiem.

//Masz. Akcja.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Chiny



User : Katze-Fresse
Liczba postów : 348
Join date : 27/09/2012

PisanieTemat: Re: Pokład statku   Wto Gru 11, 2012 11:36 am

Niemiecki był dla chłopca niczym czarna magia. Nie żeby kiedykolwiek próbował swoich sił w tej dziedzinie... W każdym razie obie te rzeczy były tak samo...tajemnicze? Tak, zdecydowanie dla Raivisa były jedną, wielką zagadką. Coś niczym morze - chłopiec nigdy nie będzie mógł znaleźć się na jego dnie, rozwiązaniu tajemnicy, jeśli nie chce zginąć. Wracając do tematu, język Gilberta różnił się od tego ojczystego, tak bardzo ukochanego przez samego Galante. A może tylko albinos nadawał swym słowom takie brzmienie? Gardłowa mowa, jak gdyby stworzona do warczenia w zacisznym kącie, kajucie, pokoju czy może nawet jakimś opuszczonym zaułku, idealna do wydawanych szeptem rozkazów, które nawet wypowiedziane cicho sprawiały, że na skórze adresata pojawiała się gęsia skórka i intrygujący uścisk gdzieś w okolicach podbrzusza. Nawet niezrozumiałe przez blondyna, były...
Och.
Władczy nacisk na wargi, zęby, które mogły rozszarpać jego wargi niczym kły wilka pieszczące swoją ofiarę. Gotowe bez wahania skrzywdzić czy nawet zabić - ot, niewielki wysiłek i równie mała strata, świat i tak był już za bardzo przeludniony, antagonistyczne zależności po co coś były.
Blondyn poddawał się albinosowi, niczym ofiara, która zaakceptowała swój los, skuliła ogon i pochyliła lekko łeb. Może w oznace skruchy? Lecz może jednak chłopiec nie był ofiarą, skoro jego palące od ugryzień wargi wykrzywiły się w lekkim uśmiechu, zabarwionym odrobiną łotyskiej słodyczy.
- Ludzu~- odparł szeptem, kładąc dłoń na jego brzuchu (nie doszukujmy się tutaj jakiś przesłanek, wzrost Galante nie pozwalał mu na nic innego).
Zdecydowanie nie było źle.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Pokład statku   

Powrót do góry Go down
 
Pokład statku
Powrót do góry 
Strona 3 z 4Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next
 Similar topics
-
» Główny pokład
» Ścieżka z polanki do statku
» Pokład
» Pokład

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Pirate Hetalia :: 
 :: 
A r c h i w u m
-
Skocz do: