IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 RAPA NUI

Go down 
AutorWiadomość
Wyspa Wielkanocna

avatar

Orientacja : ಠ_ಠ
Ekwipunek : Rapier, pistolet skałkowy, kord.
Wątki i powiązania : DEMONICZNI BRACIA RODRIGUEZ
Po jakiego czorta jesteś na statku? : Moneyy, poweeer, gloryyy~!
User : Punk. (Chilijski. :c)
Liczba postów : 91
Join date : 03/03/2013
Skąd : Hanga Roa

PisanieTemat: RAPA NUI    Czw Sie 28, 2014 8:17 pm




IMIĘ

JAVIER, hiszpańskie miano, z którym wciąż nie do końca się utożsamia, nadane mu przez jego protektora; MOAI, jego osobiste, prawdziwie rapanujskie imię, czerpiące z kultury i wierzeń Wyspy Wielkanocnej.

NAZWISKO

RODRIGUEZ, znowu po starszym bracie, przejęte mimowolnie, kiedy dołączał do rodziny; MATU’A, nazwisko, którego prawie już nie używa, ale które przypomina mu o jego dziedzictwie.


EKWIPUNEK

  • KORD, krótkie ostrze, przypominające sztylet, o lekko zakrzywionej głowni. Ma drewnianą rękojeść, na której Javier wyrył kilka znaków w swoim ojczystym piśmie, rongorongo. I w sumie tylko do takiego typu celów używa tego ostrza – służy mu ono głównie do ogólnie pojętego rzemiosła, w szczególności do rzeźbienia figurek. Chociaż, o czym lepiej się nie przekonywać, nie pozwala, żeby klinga stępiała.
  • RAPIER, długa, stosunkowo cienka broń, za którą na statku pirackim zapewne by Javiera wygwizdali. Nie jest to bowiem żaden kordelas o grubej, ciężkiej klindze, ani topór, który jest w stanie gruchotać kości… cóż, jest to jednak broń, przez którą zbyt zuchwali piraci szybko pożegnali się z życiem. Ostrze, mimo że długie, nie jest łamliwe, jest za to paskudnie ostre i, w rękach doświadczonego fechmistrza, szybkie. Rękojeść tego egzemplarza jest karbowana, a jelec ozdobnie wygięty.
  • PISTOLET SKAŁKOWY, kolejna krótka, ale zabójcza broń, o zasięgu nawet do pięćdziesięciu metrów. Mniejsze obrażenia nadrabia większą celnością i skutecznością.
  • REIMIRO, miniaturowa wersja, noszona przez Javiera na szyi, na łańcuszku. Niegdyś ozdoba noszona przez kobiety na Rapa Nui, teraz przypomina mu o jego korzeniach i jest zdecydowanie najważniejszą pamiątką, jaką posiada.


HIERARCHIA
Tangata manu, ‘ariki, te pito o te henua… o sobie myśli różnie, jako domniemany potomek rodu Hotu Matui. Przesada? Rzeczywiście, dość spora, ale Moai jest przekonany o swoim arystokratycznym pochodzeniu. Wygląda jednak na to, że jego zapomniany ród nikogo nie obchodzi, co więcej, że już dawno wyginął… tak więc Javier, jeśli chodzi o hierarchię, występuje pod rangą ŁOWCY GŁÓW - konkretniej jest prawą ręką Jose Rodrigueza i zwykle człowiekiem od brudnej roboty.


WYGLĄD


Wystarczy jeden rzut oka na mapę Wyspy Wielkanocnej, aby stwierdzić pierwszy i chyba najbardziej rzucający się w oczy fakt, jeśli chodzi o Javiera – jest mały. I nie chodzi tu o to, że jest niski (chociaż zwykle każdy przerasta go co najmniej o głowę) – mowa tu raczej o jego drobnej, filigranowej budowie. Jego wątłość i kruchość aż bije po oczach – na wystających obojczykach, żebrach i innych kościach można by się uczyć anatomii. Nie oznacza to wcale, że jest jakoś specjalnie słaby, w końcu wygląd nieraz potrafi mylić, ale faktem jest, że na jego budowie odbiło się dużo dość nieprzyjemnych przeżyć – liczne choroby, długotrwały głód, a także, jeśli brać pod uwagę całą wyspę, susze, wybuchy wulkanu, katastrofy ekologiczne, plagi szczurów i inne tym podobne atrakcje. Obecnie na Rapa Nui przyjeżdża też mnóstwo turystów, którzy, według jednej z prognoz, do 2020 roku mają szansę nawet zadeptać biedną wyspę w całości. Zostawiają też po sobie góry śmieci, które zatruwają wody gruntowe. Nic więc dziwnego, że Javier wygląda na chorowitego – jest taki.

Pejzaż Wyspy Wielkanocnej jest, delikatnie mówiąc, surowy – niemal całkowicie pozbawiony drzew, zdaje się składać jedynie z kamieni i szorstkiej trawy. Wybrzeża również są skaliste i niedostępne. Odbija się to oczywiście na fizjonomii Javiera – jego skóra jest gładka, bez żadnych piegów, o równomiernym odcieniu, a rysy twarzy, w tym kości policzkowe i podbródek, są dość ostro wyrzeźbione. Można by nawet powiedzieć, że bije z nich pewna surowość i nieprzystępność.

Sama wyspa jest pochodzenia wulkanicznego i w większej części składa się właśnie z ciemnych, wulkanicznych skał – i właśnie do ich koloru można by porównać kolor włosów Javiera, chociaż gdyby nie silić się na żadne górnolotne porównania, to można by stwierdzić, że są po prostu czarne, albo chociaż bardzo ciemne. Ale to by było zbyt proste. Dość długie kosmyki często opadają mu na twarz, oczywiście gdy nie nosi ich pod czapką. A w jego przypadku nakrycia głowy to coś, o czym warto wspomnieć, ponieważ wiąże się z nimi pewna dość osobliwa obsesja. Mianowicie kiedy po raz pierwszy marynarze z europejskiej ekspedycji zawitali na Wyspę Wielkanocną, tubylcy wprost rzucili się na nich, aby odebrać im kapelusze (powodując tym samym otwarcie ognia w ich kierunku i swoją nieuchronną śmierć, ale mniejsza z tym.) Były one bowiem bardzo cenne dla wyspiarzy, gdyż w kapelusze, zwane pukao, ubierali swoje posągi. Javier może i nie rzuca się na każdego napotkanego osobnika, żeby zerwać mu nakrycie głowy, ale bardzo je lubi. I często je nosi, w najróżniejszych odmianach, łącznie ze swoją ulubioną czapką kapitańską.

Skoro jesteśmy już przy ubiorze, to można jeszcze wspomnieć, że podobnie jak wyspiarze na Rapa Nui, Javier pała żądzą ubrań i świecidełek odrobinę bardziej, niż powinien. Często więc można go spotkać w płaszczach, kapitańskich surdutach i innych tego typu rzeczach, które raczej wyglądają jak zerwany z kogoś łup, niż jak strój, który ktoś nosi na co dzień. Ale cóż, wychował się na wyspie, na której do szczęścia nie były potrzebne ubrania, tak więc gdy tylko poznał dotyk delikatnych tkanin, ćwiekowanych kamizel czy też butów z cielęcej skóry – cóż, rozsmakował się w tym, często strojąc się jak fircyk. Na co dzień jednak stara się nie zwracać na siebie aż tak dużej uwagi – zwykle nosi koszule lub czarny, kapitański płaszcz, a do tego wygodne spodnie, wysokie do kolan buty i oczywiście niezastąpioną czapkę.
Jest jeszcze cała masa szczegółów, które w jakiś sposób wpływają na wygląd chłopaka – na przykład czujne, uważne oczy, które jeśli miałyby zostać porównane kolorystycznie do czegoś związanego z Wyspą Wielkanocną, to byłby to zimny błękit Pacyfiku. W ogóle jeśli chodzi o rzeczy w wyglądzie Javiera, które przywodzą na myśl jego rodzinną wyspę, to na pewno trzeba do nich zaliczyć reimiro, małą, drewnianą ozdobę, którą nosi na łańcuszku, a która znajduje się we fladze Rapa Nui. Oprócz tego można dodać jeszcze kilka blizn, pamiątek po szczególnie przykrych wydarzeniach, i plemiennych tatuaży w piśmie rongorongo, otaczających jego lewe i prawe ramię. Ostatnią wartą wspomnienia rzeczą jest kolczyk, a czasem nawet kilka, które nosi w uszach na pamiątkę swojego domniemanego pokrewieństwa z hanau epe, legendarnymi władcami Rapa Nui, zwanych „długouchymi”.



CHARAKTER



Cytat :
Dla rdzennych mieszkańców Rapa Nui to pępek świata, czyli w ich języku: te pito o te henua. Według legendy tak zresztą brzmi jedna z nazw wyspy i refren jednej z najczęściej śpiewanych pieśni.



Jeśli spojrzeć na mapę świata, na pierwszy rzut oka czegoś takiego jak Wyspa Wielkanocna w ogóle nie widać. Poza tym jest bardzo oddalona od… cóż, od całego świata. Żeby dostać się na przykład do Chile, do którego wyspa należy, trzeba by było przepłynąć aż 3600 km. Tak więc izolacja i samotność to główne czynniki, które wpłynęły na kształtowanie charakteru Javiera.

Zacznijmy od tego pierwszego. Z dala od ludzi i od cywilizacji nie musiał liczyć się z nikim ani niczym – ani z konwenansami, ani z normami społecznymi – tak więc wyrósł na osobnika, którego można by nazwać lekko aspołecznym. Nie potrafi się bowiem podporządkować jakimkolwiek zasadom życia w społeczeństwie. W ogóle podporządkowywanie się jest dla niego czynnością, która zwykle przynosi mu dużo trudu i powoduje raczej niechęć – ma bowiem naturę rebelianta i najchętniej zbuntowałby się przeciwko wszystkiemu, co też zresztą często robi, zupełnie olewając moralność i etykę. To taki wolny duch, który robi to, co chce, nie bardzo licząc się z innymi. Nie przejawia raczej czegoś takiego jak odpowiedzialność albo troska za innych, czasem zdawać by się nawet mogło, że ktoś taki jak drugi człowiek w ogóle go nie obchodzi. Zaufanie, czułość, jakieś głębsze więzi międzyludzkie? Mocno wątpliwe. Nie spotkał się z czymś takim, nie jest do tego przyzwyczajony, po prostu… nie. Jeśli już wchodzi z kimś w jakąś relację, to albo jest ona stosunkowo normalna, albo obojętna, czysto służbowa, nastawiona na jakiś cel bądź korzyść, albo dziwna, pokręcona, toksyczna. Nieobce są mu bowiem takie pojęcia jak ciekawość albo żądza (najczęściej bogactw i świecidełek), a obie te rzeczy są w stanie doprowadzić do naprawdę ciekawych sytuacji. Nie ma raczej oporów przed wykorzystywaniem ludzi, a to przez brak poczucia winy, a może i nawet sumienia. Pewnie w jakimś stopniu można by go nazwać socjopatą, ale bez przesady. Chociaż gdyby wspomnieć jeszcze o jego domniemanym kanibalizmie, to… cóż…

Jest bardzo związany ze swoją wyspą, swoim dziedzictwem. Uważa bowiem, że pochodzi od legendarnego wodza Hotu Matui, pierwszego władcy Rapa Nui, który miał tam przypłynąć z mitycznej Hawaiki. Wydaje się to głupie? Dla niego wcale. Historia Wyspy Wielkanocnej owiana jest tajemnicą, badacze często kłócą się co do poszczególnych wydarzeń, część z nich w ogóle nie jest potwierdzona ani wiadoma, niektórzy doszukują się tam nawet kosmitów czy cywilizacji Atlantydy… nic więc dziwnego, że Javier nie pamięta dużej części swojej przeszłości, wszystko mu się miesza, a pamięć płata mu figle. Nieraz ma problemy ze swoim własnym umysłem, który przez te wszystkie nieścisłości i różne wersje po prostu się trochę… rozregulował. Żeby jakoś uporządkować ten bałagan w swojej głowie, stworzył właśnie tę ładną teorię o swoim arystokratycznym pochodzeniu i mocno się jej trzyma.

Bo w końcu nie bez powodu Wyspę Wielkanocną nazywano także te pito o te henua, co oznacza ni mniej, ni więcej tylko pępek świata. Można powiedzieć, że Javier uważa się za taki. Przez całe życie skoncentrowany na sobie, nie dbający o innych ludzi, uważający się za kogoś specjalnego… tak, to mogłoby być męczące, gdyby nie to, że zwykle jest cicho. Jednocześnie zdaje sobie jednak doskonale sprawę z tego, że nic nie znaczy w całym wielkim świecie i że nikogo nie obchodzi. Oprócz jednej osoby, swojego protektora, ale o tym później.

Gdy już się odzywa, to wbrew pozorom wcale nie jest aż tak nieznośny. Mimo przeważających wad jest całkiem inteligentny, ma też poczucie humoru, zwykle objawiające się w postaci ironii. To nie jest tak, że jest złą osobą, bo tak sobie wymyślił – to raczej wina jego dzieciństwa (jak zwykle), izolacji, samotności, trudnych warunków, problemów ze zdrowiem. Zresztą, nie można się tak zapędzać z nazywaniem go złą osobą, ma też kilka dobrych cech. Na przykład, chociaż to akurat do cech charakteru się nie zalicza, ma bardzo zręczne dłonie i lubi zajmować się rękodziełem, zwłaszcza rzeźbieniem charakterystycznych dla Wyspy Wielkanocnej figurek. Można powiedzieć, że to go uspokaja.

Jak każdy wyspiarz posiada też te kilka charakterystycznych dla nich cech – pracowitość, upór i pewną radość z życia, nawet jeśli ta radość objawia się wbijaniem sztyletów w plecy swoim wrogom.

RELACJE


Ze względu na duże odosobnienie i brak kontaktu, nie zna dużej liczby osób, tak samo jak i one nie znają jego. Można jednak wyróżnić kilka osób, z którymi łączą go szczególne relacje:

  • HOLANDIA – pierwszy Europejczyk, którego Javier w życiu widział na oczy. Przypłynął pewnego razu na jego wyspę i dziwnym trafem nie spodobało mu się, że Javier zechciał ukraść jego kapelusz.

  • HISZPANIA – przypłynął na wyspę, ustawił sobie trzy drewniane krzyże i ogłosił, że bierze ją w posiadanie. Jak się można domyślić, jakiś czas później z wyspy zniknęły i krzyże, i Hiszpania.

  • ANGLIA – tak jak pozostali przypłynął na Rapa Nui, w zasadzie nie wiadomo po co, coś sobie zbadał, coś obejrzał, coś porysował… Javier nigdy nie spodziewał się, że będzie dla przybyszów aż tak fascynujący.

  • FRANCJA – wreszcie jakaś ciekawa historia. Otóż z niewiadomych przyczyn Francja postanowił przypłynąć na wyspę, zupełnie olać dotychczasowe wierzenia i tradycje Rapa Nui i europejskim zwyczajem zaprowadzić chrześcijaństwo. Do jego zasług można zaliczyć to, że rzekomo wyplenił kanibalizm oraz w imię walki z pogaństwem spalił bezcenne drewniane tabliczki i insygnia królewskie pokryte pismem rongorongo, które dla tubylców miały wielką wartość duchową. Dzięki temu do dziś nie ostał się prawie żaden egzemplarz, a samego pisma nie da się odczytać. Oprócz tego przywlókł na wyspę epidemię gruźlicy, która zabiła jedną czwartą populacji. Następnie stwierdził, że za pomocą karabinów i armat może przez kilka lat rządzić wyspą, robiąc sobie z niej… hodowlę owiec. W tym celu podstępem wykupił niemal całą wyspę, a tubylców wywiózł do pracy na Tahiti. Gdy już wreszcie zostawił Rapa Nui w spokoju, okazało się, że zostawia po sobie coś, co można nazwać chyba tylko zgliszczami. W ciągu niecałej dekady 97% mieszkańców wyspy – słownie DZIEWIĘĆDZIESIĄT SIEDEM PROCENT MIESZKAŃCÓW WYSPY – zostało zamordowanych, wywiezionych do niewolniczej pracy, lub po prostu umarło, przez co bezcenna wiedza o kulturze, zwyczajach i historii Rapa Nui bezpowrotnie przepadła.
    Jak się można domyślić, za bestialskie zamordowanie swojej tradycji, wiary, kultury, za choroby, za niewolniczą pracę i za wszystko inne Javier Francji NIENAWIDZI.

  • PERU – a oto i kolejna osoba, którą Moai najchętniej by torturował tygodniami. Peru w ciągu kilku miesięcy wywiozło niemal całą populację Wyspy Wielkanocnej do pracy przy zbieraniu ptasiego guana. Uprowadzono 1500 osób. Do ojczyzny powróciło 15. Zarażonych ospą, co wywołało kolejną epidemię.
    Za katorżniczą pracę i zrobienie sobie z niego niewolnika, Javier Peru NIENAWIDZI.

  • WATYKAN – wstawił się za Javierem, gdy był niewolnikiem u Peru. Chłopak nie czuje jednak do niego jakiejś wielkiej wdzięczności. Trzeba było przyjść i naprawdę mu pomóc, a nie tylko apelować do wątpliwie zdrowego rozsądku Peruwiańczyka.

  • USA – przypłynął na wyspę, aby przeprowadzić „wykopaliska archeologiczne”. Czyli, innymi słowy, za pomocą dynamitu wysadził w powietrze platformę Ahu Vinapu. Nie trzeba chyba mówić, jak bardzo Javierowi spodobało się niszczenie jego kultury.

  • SZKOCJA – za pozwoleniem Chile zamknął populację wyspy w Hanga Roa niczym w obozie koncentracyjnym (ludziom nie wolno było opuszczać miasta), a następnie zrobił z wyspy wielką hodowlę owiec. (Co oni wszyscy mają z tymi owcami?...)

  • CHILE – Protektor Javiera, który ogłosił się nim na mocy jakiegoś podejrzanego traktatu, który podpisał ktoś w ogóle niemający do tego prawa. Zrobił sobie z wyspy bazę swojej marynarki i rządził nią twardą ręką. Gdy Rapa Nui postanowiło przypomnieć, że w zasadzie jest niepodległe, Chile bezwzględnie stłumił bunt. Zresztą każdą próbę rebelii brutalnie tłumi, nieważne, że Javier uważa się za wolnego człowieka.
    Jedyne, co trzeba przyznać Chile, to fakt, że owszem, zaopatruje i w pewnym stopniu dba o Rapa Nui. A że przy okazji traktuje je jak psa? Trudno.


HISTORIA

Cytat :
„Rzeźbione z wulkanicznej skały moai to jedna z największych niewyjaśnionych dotąd zagadek na ziemi. Nie wiadomo dokładnie, kiedy je wniesiono i nie ma pewności, jaką funkcję pełniły. Nie jest też jasne, jaki kataklizm nawiedził wyspę przed przybyciem pierwszych Europejczyków. I dlaczego mieszkańcy przestali czcić moai i w końcu je obalili (w 1868 roku na wyspie nie stał już żaden posąg, te dziś stojące zostały odrestaurowane w XX wieku). Tajemnicą jest także to, w jaki sposób ważące do 75 ton kolosy transportowano z jednego krańca wyspy na drugi.”


Wiesz, nie pamiętam dokładnie – cholera, nie mogę sobie przypomnieć – nie wiem prawie nic o swoim dzieciństwie. To wszystko to taka jedna, wielka zagadka, i – szlag by to trafił – wszystko mi się miesza. Ludzie różnie mówią, chociaż nie pytałem aż tak, bo w sumie kogo obchodzi, skąd jestem i co robiłem? Zresztą niewielu nas zostało, wszystkich powybijały te sukinsyny. Przez większość czasu wychowywałem się sam, tak mi się wydaje, wiesz, dlaczego? Bo nie było nikogo innego. Bo moja wyspa to teraz spalona ziemia i przewrócone posągi. Nie wyobrażasz sobie, jak to jest, żyć na samotnym kawałku skały na środku oceanu.

Pamiętam te pierwsze statki, zdaje się Hiszpan i Anglików… przywozili różne rzeczy, a mnie się wtedy wydawało, że to jacyś posłańcy od bogów albo inne tego typu pierdoły. Ale oni wszyscy chcieli tylko zarobić, zresztą nieważne, przecież to banał, na pewno już ktoś ci to mówił, nie?

W sumie jak tak teraz o tym pomyślę, to mam jedno wspomnienie.
Niewyraźne. Każdej wiosny, każdego roku, reprezentanci z każdego klanu stawali do rywalizacji o miano tangata manu. Po waszemu to chyba człowiek-ptak. No i trzeba się było nieźle nalatać, żeby zdobyć ten tytuł, ha – skakali do morza z Orongo, to jest z takiej skały, a potem płynęli do Motu Nui. To taka skalna wysepka, bardzo mała, mieliśmy trzy takie obok siebie, nazywały się jeszcze Motu Iti i Motu Kao Kao, ale to nieistotne. Jak już dopłynęli do tej skały, to musieli znaleźć jajo rybitwy. Kto pierwszy je znalazł i z nim wrócił, ten był mianowany człowiekiem-ptakiem i przez następny rok, aż do kolejnej wiosny był opiekunem wspólnoty. Śmieszna tradycja, nie? Cały rok zależał od tego, kto najszybciej zasuwał i najlepiej szukał jaj rybitwy. Wydaje ci się to takie dość naiwne czy raczej nie? Bo mnie się to zawsze wydawało świetną sprawą. Piękną, naprawdę. Zawsze chciałem stanąć do wyścigu, każdego roku czekałem, aż będę w odpowiednim wieku, każdego roku stałem na Orongo i patrzyłem…

Ale nigdy nie miałem szansy.

Nawet się nie zorientowałem, jak mnie porwał ten Peruwiańczyk (tfu!, psia jego mać), rzucił mnie pod pokład i wywiózł. Na początku myślałem, że chce nakarmić mną szczury, ale jak już po paru dniach kołysania, odganiania gryzoni i krzyczenia w ciemność mnie wypuścił, to okazało się, że było jeszcze gorzej.

Wiesz, los sobie paskudnie ze mnie zakpił wtedy. My tam na naszej wyspie mieliśmy kult Make-make, boga ptaków, mieliśmy człowieka-ptaka jako opiekuna i tak dalej… i wiesz, co robiłem przez następne tygodnie? Zbierałem ptasie odchody. Tak, dobrze słyszysz. Peruwiańczyk porywał sobie niewolników, żeby mu zbierali ptasie guano. Na jaką cholerę, to do tej pory nie wiem, ponoć to jakiś nawóz czy coś. Ale dla mnie to by nawet mogło być złoto i diamenty, jeśli miałem babrać się w nich po kolana i po łokcie, dzień w dzień, bez przerwy, krzyczeć, płakać, być bitym, kopanym – to mi już było naprawdę wszystko jedno.

Podupadłem na zdrowiu. Bardzo, można by powiedzieć. Ale coś zostało we mnie z tych głupich marzeń o ptakach, o wolności, o locie bez przeszkód – wyzwoliłem się w końcu, uciekłem. Wrak człowieka już w wieku kilkunastu lat, ale uciekłem.

No i co, było jeszcze gorzej, psia mać. Kolejny przyszedł palić i rabować, tym razem pod pretekstem religijnym, wrzeszcząc o bogu i cholera wie czym. Szczerze? Ja mam gdzieś tego waszego boga, to nie jest mój bóg i jeśli ktoś wchodzi z buciorami do mojego domu, żeby palić relikwie z moim ojczystym pismem i niszczyć wszystko, co znam w imię jakiegoś obcego boga – to ja, przysięgam, zniszczę go, niech mi duchy przodków będą świadkiem. Bo ja nie wierzę w te wasze wymyślne brednie, wierzę w ziemię, w krew, w życie tlące się w każdej roślinie, zwierzęciu i człowieku, w harmonię natury, w kosmiczny ład…

Nie, nie wiem, wszystko mi się miesza… to te choroby, i niewolnictwo, i głód, to trochę- uch, nadwątliło moją psychikę, ale już mi lepiej, odkąd jestem wolny, znaczy zawsze byłem wolny, ale czasami jakby mniej…

Jak wtedy, kiedy traktowali mnie jak swojego psa i szczuli pistoletami, albo kiedy byłem więźniem w swoim domu, albo kiedy harowałem jak wół, bo ktoś potrzebował niewolników z małej wyspy, i…

Chwila, mówiłem ci już, jak bardzo nienawidzę owiec?

Nieważne, znowu się zaplątałem, ale mam bałagan w głowie, nie wiem do końca, co się dzieje… w każdym razie teraz jest lepiej, mówiłem. Zobacz, nie widać prawie po mnie, że umieram, nie? Jestem tutaj, to już duży sukces. Brat mnie tu przywlókł, w zasadzie nie wiem, czy mogę go nazwać bratem, skoro wlecze mnie ze sobą głównie po to, żeby się mną wysługiwać, ale cicho, teraz przynajmniej to my dyktujemy warunki i my ustalamy zasady, i nie kłaniamy się przed nikim. I czuję się dobrze. Czuję, że mam za sobą całe pokolenia przodków, dumnych wojowników, władców Rapa Nui – a propos, wiesz, co to znaczy w waszym języku? To znaczy Wielka Ziemia. Czy to nie ironia, że dla nas, wyspiarzy, taki kawałek skały jest wielką ziemią? Dla mnie jest. Jestem taki jak ta cholerna wyspa, wiesz? W swoim mniemaniu wielki, chociaż doskonale wiem, że we Wszechświecie jestem zupełnie niczym.

I wiesz co, jakoś mnie to nie martwi, przeciwnie – jakoś tak lepiej się z tym czuję. Bo wiem, że Wszechświat ma gdzieś, co zrobię ze swoim życiem.

Więc robię co chcę. Człowiek-ptak.


Dla MG
Spoiler:
 


Krótki słowniczek języka rapanujskiego
Spoiler:
 





Ostatnio zmieniony przez Wyspa Wielkanocna dnia Czw Sie 28, 2014 9:45 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Chile

avatar

Orientacja : Sekret to sekret |:
Ekwipunek : NIC
Wątki i powiązania : Latynosi.
Po jakiego czorta jesteś na statku? : NIE JESTEM NA STATKU, TY CHOLERNY PIRACIE
Liczba postów : 389
Join date : 04/04/2012

PisanieTemat: Re: RAPA NUI    Czw Sie 28, 2014 8:32 pm

Wiesz jak mi zagrać na sumieniu, co?
Karta mnie urzekła, jestem dumna. Zwłaszcza ta historia.
AKCEPT
Ekwipunek jaki napisałaś.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 
RAPA NUI
Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Pirate Hetalia :: 
L i s t y G o ń c z e
-
Skocz do: